Sound of My Life

środa, 7 czerwca 2017

Bo wiesz... czasami bywam francą bez powodu i co...ja...miałam...?

Chciałam napisać Wam coś pozytywnego, ale co i rusz Mnie odciąga od pisania rytm, muzyka, melodia... Wiecie, taki dźwięk, który przemawia do Waszej krwi i wyrywa Was z miejsca, żebyście gięli się w określonym rytmie, w określony sposób...
Rytmy latino... hmm...
Już chyba wiem, które miejsce na mapie odwiedzę w następnej kolejności :)
I teraz powinnam sama siebie prosić o wybaczenie, bo Moje materiały z nauki hiszpańskiego i włoskiego zostały w domu :O Brawo Ja!
Zostawię sobie dwa lata na poznanie UK i wyruszę dalej. Ja i Moja popieprzona psycha, szukająca swojego miejsca, swojego domu... :P Kto wie, może odnajdę się na jakiejś plaży, w domku z gałęzi, żywiąc się owocami morza...?
Nie, może jednak nawrócę się na owoce i warzywa :) Bo jak pomyślę o jakiejś kałamarnicy na Moim talerzu... fuuuuj!
No co? :P Robię się bardziej wege, chociaż z chicken breast'ów zrezygnować nie mogę :P
A wiecie, ostatnio Hrabia powiedział Mi, że skoro Mi tak zimno, to muszę mieć serce z lodu. Mało się kawą nie udławiłam, bo trafił, oj trafił w sedno.
Uśmiechnęłam się złośliwie i zapytałam, ile inteligencji trzeba było, żeby w końcu to do niego dotarło. Ale nie martwcie się, byłam i jestem dla Niego miła, bo jest BEZPIECZNY. Tak, Hrabia jest całkowicie bezpieczny, więc bez przeszkód może wiedzieć to, czego inni nie dowiedzą się nigdy.
Queen Of Ice, tak, to ja, miło Mi Was poznać :)
Jakieś plany na jutro, na weekend, na miesiąc, rok, życie? 
O tak, wielkie i olbrzymie, takie co się w swoich ramach nie mieszczą :P Taki joke. Oczywiście, że nie. Nic nie planuję, prócz wydatków. Finansowych oczywiście. W sumie plan był taki -przylecieć do UK, kupić wszystko z Mojej Dream List, odłożyć trochę gotówki i wrócić do Domu.
Tak to wyglądało i dałam sobie na to... pół roku.
Śmieszne jest to, że połowę z tej listy, a podkreślam krótka to ona NIE BYŁA, już mam, więc przy takich wiatrach i prądach, za maksymalnie trzy-cztery miesiące mogłabym wsiąść do samolotu i lecieć do Polski, do Domu.
Do Domu, do innego kraju, innej półkuli, co to za różnica, skoro i tak w żadnym z tych miejsc nie trzyma Mnie nic, czego nie mogłabym za sobą zostawić, prawda?
Pewnie myślicie sobie, tak, jasne, może lecieć, gdzie chce, ale zatęskni i wróci.
Nic bardziej bzdurnego! Myślicie, że tęsknię? Umieram z tęsknoty za rodziną i znajomymi? Naprawdę? Seriously? Jeszcze się nie nauczyliście niczego na Mój temat?
Ostatnimi czasy miałam dwa razy łzy w oczach podczas wideorozmów z Polską, zgadzam się. Ale wiecie, w jakich momentach?
Pierwszy był wtedy, gdy Moja Sis podesłała Mi zdjęcia Mojego mieszkania. Tak, to zabolało. Ubodło do żywego... Moje Mieszkanie, Moje meble, łóżko, garderoba... wszystko nad czym pracowałam własnymi rękami było tam gdzieś, setki kilometrów ode Mnie... porzucone...
Za drugim razem rozmawiałam z rodzicami. Nie, ha ha ha, nie płakałam, bo zobaczyłam UKOCHANYCH (?!?) rodziców, nie ma takiej opcji... łzy się pojawiły, gdy wywołany Moim głosem, Demon wskoczył mamie na kolana i szukał Mnie na biurku, skąd dochodził Mój głos.
Tak, to również zabolało. Jak nóż powoli przekręcający się w Moim wnętrzu. Jedyne, czego tak naprawdę chciałam, to wziąć tę bestię w ramiona i przytulić twarz do jego jedwabistej, czarnej sierści. Ha, nawet dałabym się podgryzać i podrapać, a co tam... Byle by mieć tego wariata ze sobą...
W każdym razie...
Znowu zrobiłam jedną dygresję za drugą ha ha ha! Ach te Moje zdolności :)
Uciekam spać, bo rano wracam do Mojej ulubionej aktualnie pracy!!! (W.I.W.A.T.Y.)
A miałam Wam powiedzieć coś na temat Czekoladowo-Śmietankowego... :P Teraz musicie się obejść smakiem :)
Buziole!!!

wtorek, 6 czerwca 2017

Uważaj o co się modlisz, bo jak to dostaniesz to... linijką po łapkach! :P

Auć!
Śmiać Mi się chce odrobinę, tylko ociupinkę, drobinkę po prostu... Ale nie, padam ze śmiechu na kolana i łzy Mi płyną po twarzy...
Więc tak...
Dawno, dawno temu, w zupełnie innym życiu Miałam (i nadal Mam) kuzyna, który był (CZAS PRZESZŁY) Moim ideałem mężczyzny. Strona fizyczna nie była wtedy taka ważna, bo mówiąc szczerze, gdy Danny był młody, wcale nie był taki przystojny, dopiero później... ale hmm, wróćmy do tematu!
Tak, więc Mój kuzyn Danny był Moim ideałem. Był inteligentny, mądry, oczytany, umiał Mnie rozśmieszyć, jak nikt, czasem Jego kąśliwe uwagi raniły, ale po to w końcu były. Musiały działać tak, by odnieść jakiś skutek, co nie?
I powiem Wam w sekrecie, że kochał Mnie ogromnie. A ja... ja, jak to głupie, młode i nieopierzone kurcze kochałam się w Nim skrycie. Tak, w Moim własnym kuzynie. W członku rodziny.
Nie czepiajcie się, to była platoniczna miłość! :P I działo się to aż do... hmm... Moich osiemnastych urodzin? :P
W sumie chyba tak, później zaczęłam zauważać innych :) Nieważne :D
Co do Danny'ego... Z wiekiem, gdy Szanowny i Inteligentny poszedł do wojska, Ja wciąż byłam w Niego zapatrzona, jak cielę w malowane wrota. Mało tego zaraził Mnie miłością do FC Barcelony. I to jak zaraził.... Na całego, aż do krwi, aż do najmniejszej komórki.
Z czasem Mój Kuzyn zmienił się również fizycznie. Tak, przyznaję się bez bicia, zrobił się przystojny, w taki męski, szorstki sposób.
Ha ha ha wszystkie Moje koleżanki z liceum się w nim podkochiwały, a Ja... a Ja latałam w chmurach, gdy zabierał Mnie swoim sportowym autem spod drzwi szkoły.
Przez wiele, wiele lat, gdy byłam tak szczerze w nim zadurzona, marzyłam, modliłam się, by znalazł się na świecie klon Danny'ego. Klon. Kopia. Ktoś będący Nim, ale niespokrewnionym ze Mną.
Widzicie? Miałam racjonalne w miarę myśli :P
I tak marzyłam, śniłam i myślałam o tym, dopóki nie wpadłam w Moje Patologiczne Związki z Marginesem Społecznym :) Wtedy skończyły się ideały i wszystko, co mogą robić grzeczne nerdowe kujonki, a zaczęło się picie, imprezowanie i łamanie zasad.
Z czasem nawet o tym zapomniałam.
I przyleciałam do UK.
A później, pewnego słonecznego dnia, wraz z Moją Najlepszą Przyjaciółką wsiadłam do autobusu Blue Line, wrzuciłam drobne do skrzynki, powiedziałam "All day please" i z codziennym, szerokim uśmiechem spojrzałam na kierowcę.
Szczena opadła Mi niemal do ziemi, szare komórki padły trupem, a krew zastygła w żyłach. Wszystko we Mnie stanęło na baczność, w takim szoku byłam. Sparaliżowało Mnie.
Kierowcą ów pięknego autobusu Blue Line był nie kto inny, jak kopia, klon, Mojego Kuzyna!
Z nogami, jak z waty wzięłam bilet od uśmiechniętego Danny'ego II i usiadłam. Obok Mnie siadła i Dżoana i siedziałyśmy tak we dwie, obie w stopniu najwyższego szoku (a Dżoanę kiedyś wyswatałam na jakiś czas z kuzynem!) gapiąc się na nieświadomego niczego kierowcę.
Tak! Proste, srogie brwi. Oczy wąskie i piwne. Usta wąskie, cienkie, z ironicznym wyrazem. No kurczaki... a gdybym powąchała, pachniałby Hugo Boss? Bo Mój Danny pachniał tylko oryginalnym Hugo Boss... :D
Wysiadając z autobusu już śmiałyśmy się w głos, bo co innego robić? Odprowadziłam kierowcę wzrokiem najdalej, jak mogłam. On odprowadził Mnie, co później uświadomiła Mi Dżoana.
Trzy dni później, gdy czekałam na Red Line w zupełnie innym kierunku podjechał inny autobus, a że jestem obserwatorem z natury, rozglądając się, poczułam, że coś... ktoś...
Spojrzałam w kierunku, w którym czułam ów coś i "Hello, my dear!"! Danny II siedzi sobie za kierownicą autobusu, patrzy prosto w Moje oczy i się uśmiecha.
Yyyy.... yyyy....
Cholera!
I teraz mały resecik.
Tak dla Waszej wiadomości, nie, nie będę się za Nim uganiać. I nie, nie będę się uganiać za kimkolwiek innym. Skończyłam z tym w chwili, w dniu, gdy pozbywałam się z Mojego Życia KSIĘCIA.
A co do Danny'ego... Kto by pomyślał, spotkać kopię swojego ideału mężczyzny z dzieciństwa w innym kraju... :P Ha ha ha! Jak powiem to Mojemu kuzynowi, to padnie ze śmiechu...
PS: Tak, on doskonale wie, że się w nim durzyłam za dzieciaka i mu to nie przeszkadza :P


Pieprz się, Szanowny Panie P., dław się swoimi psycho-tabsami!

Ja i Moja głowa uczymy się na nowo żyć ze sobą. Wspólnie. Razem. Ja i Moja Popiepr*ona na pięćdziesiąt sposobów głowa...
Śmiejcie się, bo Mnie samą to nieźle śmieszy. Ciekawe, czy śmieszyłoby równie mocno Mojego psychiatrę... Chciałabym móc zobaczyć jego minę, gdy dowiedziałby się, co zrobiłam i jaki plan leczenia sama sobie wyznaczyłam. Byłby zadowolony? Zaskoczony? Zły? Czy może zawiedziony? A może i tym razem opuściłby ręce i po prostu wypisał receptę, bo tak jest prościej, łatwiej, szybciej? Co byś zrobił, Szanowny Panie P.?
Wiecie, jaki jest największy problem w kraju, z którego uciekłam?
A no taki, że tam się nie pomaga. Nie. Tam robi się to, co jest najprostsze -wypisuje tabsy. Tabsy na wszystko -ból głowy, ręki, duszy... Na wszystko i od wszystkiego są leki. Nie ma innych sposobów leczenia.
Znaczy się, według nich nie ma. Dla NICH wszystko można załatwić odpowiednią dawką chemii.
Chociaż na większość urazów, tych głębszych, doskonałą odpowiedzią byłaby ROZMOWA, nikt się ku temu rozwiązaniu nie kwapi.
A dlaczego? Nie wiecie?
Dlatego, bo ludzie nie chcą słuchać innych ludzi. Nienawidzą tego. Co innego, gdy mogą opowiadać o SWOICH sukcesach i coraz to wyższych standardach życia, o tak! W takim temacie odnalazłby się każdy. DOSŁOWNIE KAŻDY. Znowu rozmowa o czyichś problemach, wątpliwościach... ile to czasu musieliby poświęcić, a do tego musieliby się skupić, SŁUCHAĆ tak naprawdę. Słuchać ze zrozumieniem! O nie, łatwiej jest wziąć markowy długopis i wypisać kwitek. Pewnie. Ile to czasu, dwie, maksymalnie trzy minuty, prawda?
Tak, Szanowny Panie P. Piję tu głównie do Ciebie.
Co dla Mnie zrobiłeś...? Pamiętasz? Poświęciłeś mi 15 minut od chwili, gdy weszłam do Twojego gabinetu. Tyle czasu Ci wystarczyło, byś Mnie pokrótce zdiagnozował i co zrobił na koniec kwadransa, za który zapłaciłam niemałą kwotę?
WYPISAŁ RECEPTĘ.
Tyle Mi dałeś.
Najpłytszą pomoc na świecie. Jedno wielkie GÓWN*! Myślałeś, że jakieś psycho-tabsy załatwią wszystko za Ciebie? Że przyćpam przez kilka miesięcy i problemy same się naprawią? Że będę, jak nowa, tylko z lekka na haju?
Ty żałosna kupo łajna!
Jak śmiesz w taki sposób POMAGAĆ ludziom! Wstydziłbyś się patrząc na siebie rano w lustrze! Jak śmiesz nazywać się lekarzem!?!?!
Tak, kipię gniewem, jak aktywny wulkan gotów do wybuchu! I owszem, mam ku temu powody!
Sama sobie musiałam wytyczyć drogę leczenia. Sama musiałam określić wszystkie pasożytnicze aspekty Mojego Życia. Sama sobie musiałam pomóc, żeby się nie stoczyć.
SAMA.
A mówią, jak masz problem, idź z tym do kogoś... W Internecie piszą, radzą, nie duś tego w sobie, idź do specjalisty...!
Gówno! Gówno!! Gówno!!!
Nie, nie idźcie do specjalisty, bo jedyne, co on Wam da, choćbyście zapłacili kilka setek za godzinę w jego gabinecie, to i tak wypchnie Was z niego po kwadransie z receptą i nagle stwierdzicie, że to NIC WAM NIE DAŁO, prócz może chwilowej ulgi, którą daje chemia psycho-tabsów.
A tabsy, tabsy Moi Kochani w końcu się skończą, a Wasz problem pozostanie. I mało tego, UROŚNIE. Będzie większy i koszmar zacznie się na nowo, na zupełnie nowym, wyższym levelu.
I nie, nie będzie łatwiej, prościej. Nie. Nie dacie sobie wtedy z tym rady. Nie daliście sobie rady z małym problemem i nie, nie będziecie mieli szans z tym większym.
Żadnych szans.
A skąd to wiem...?
Wiem. Z autopsji.
Wiem, bo mój level koszmaru jest tak wysoko, że cóż... Nie chcecie wiedzieć. Ja sama nie chcę wiedzieć. Po prostu modlę się, by pilna lektura Zimbardo dała Mi odpowiedzi, których potrzebuję. Może po pięciu tomach będę zasobna w wiedzę psychologiczną na tyle, że sama siebie ostatecznie wyleczę...?
Kto wie...
PS: Mam 3 psycho-tabsy w szufladzie, przyznaję. Tyle Mi ich zostało, po Szanownym Panie P. I nie, nie wezmę ich. Ani ich, ani żadnych innych. Nie zamienię sama siebie w warzywo, którym byłam przez kilka miesięcy, gdy je zażywałam.
Pamiętajcie -czucie boli, fakt, ale nie czując PRZESTAJECIE BYĆ SOBĄ.
Podpisuję się pod tym. Z całą odpowiedzialnością.
Pozdrawiam z UK,
Em'


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Można uciec od siebie i tego czarnego, ropiejącego czegoś, co zwą sercem...? Part 1.

Jestem tu już od trzech tygodni. Pełne 20 dni. Dwadzieścia dni w zupełnie obcym kraju, z dala od rodziny, Przyjaciół, wspomnień. Z dala od tego całego bagna, w jakim żyłam. Bagna w którym codziennie brodziłam, po kolana, po pas, czasem nawet po szyję.
Zastanawiacie się, jak to jest, zostawić za sobą wszystko, co posiadacie? Czy może wiecie, jak to jest z doświadczenia? Hmm...? Może podzielimy się? Wspomnienie, za wspomnienie. Opowieść, za opowieść. No dalej, odważcie się.
Spróbujcie.
Ja spróbowałam.
Wsiadłam do samolotu, przyleciałam TU, gdzie teraz jestem. I jestem tu. Wciąż. Nadal trwam.
Nie, nie powiem, że Mi się tu podoba, bo jeszcze nie całkiem nadaję się do wydawania jakichkolwiek opinii, ale... mogę Wam powiedzieć, co czuję, czy czułam, po przylocie.
Przede wszystkim mijałam myślenie o rodzinie i przyjaciołach. Robiłam wszystko, byle tylko nie przekroczyć tej magicznej granicy, za którą stoi tęsknota i żal. Nie było to uciążliwe, bo z Nią miałam sporo papierkowej roboty, kilka spotkań i zanim się obejrzałam już musiałam iść do pracy.
Byłam przerażona rano, tego pierwszego dnia, gdy miałam pójść do Nowej Pracy, wśród zupełnie nieznanych Mi ludzi, z którymi w dodatku miałam się dogadywać w innym języku. Byłam sino-fioletowo-zielona ze strachu, ale dałam radę.
Przełamałam się. Spróbowałam.
I nie żałuję. 99% czasu w pracy się uśmiecham lub śmieję w głos. Za każdym razem, gdy tam jadę, jestem pełna optymistycznych myśli, bo wiem, że przez najbliższe osiem-dziewięć godzin będę robić coś, co lubię, z ludźmi, których lubię, pod "dowództwem" człowieka, który naprawdę jest spoko.
Ale mimo wszystko...
Ludzie. Wszędzie byli ludzie. W pracy, po pracy, w domu, nawet w nocy. Wszędzie ludzie. Mówili do mnie, pisali, szeptali, nawet oddychali blisko Mnie w nocy. Ciągle ktoś obok Mnie. Wciąż i wciąż. Non stop. 24 godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu.
Osaczenie.
To poczułam w Nowym Kraju. To czułam przez te pełne dwadzieścia dni w tym kraju. Całkowite, totalne osaczenie. Gdzie się nie odwróciłam, w którą stronę nie spojrzałam, wszędzie ktoś był. Ktoś, co chciał coś, lub pragnął czegoś. Jak nie w realu, to przez Internet.
Całodobowo.
A gdy tylko zostawałam na minutę sama ze sobą, pojawiało się wspomnienie, czy myśl, które prześladowało Mnie w kraju... obraz, który rozcinał ledwo zasklepione rany... migawka z przeszłości, przypominająca cios prosto w twarz...
Dzisiaj mijają 3 miesiące od dnia, gdy zakończyłam tą TOKSYCZNĄ relację, a nie zmieniło się zbyt wiele. Może faktycznie ból zelżał, spadło natężenie niechcianych myśli, nie Mam łez w oczach... Naprawdę jest lepiej, ale nie IDEALNIE. Nie tak, jak KIEDYŚ.
Chyba zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej. Przez to, co Mi robił/zrobił, udoskonaliłam swoją maskę codzienności. Tak, teraz o wiele lepiej udaję, że jest dobrze, że daję radę. Maska optymizmu jest prawie zupełnie idealna.
Tylko z małym dodatkiem sarkazmu i ironii... Już nie wierzę w związki. Książę zabił we Mnie całą romantyczność. Nie mam w sobie już nic, co mogłabym komuś ofiarować...
Jak wygląda Moje Nowe Życie w Nowym Kraju?
Właśnie, dokładnie tak. Poza pracą, która daje mi radość, a jeszcze lepiej by było, gdybym mogła w niej przebywać 7 dni w tygodniu, prócz ludzi, którzy wzbudzają we Mnie tęsknotę za Domem, zostają Mi tylko myśli, bolesne, krzywdzące obrazy, które atakują Mnie, jak jakaś bestia, zawsze wtedy, gdy najmniej się tego spodziewam.
Ile bym dała, by cofnąć czas... oddałabym tak wiele, za reset mózgu, by wyrzucić GO całkowicie z Mojego Życia, by pozbyć się wszystkich tych wspomnień.
Owszem, doświadczenia uczą, ale wiecie co? W du*ie Mam tą jedną naukę. Tej jednej, jedynej wolałabym się pozbyć...

sobota, 15 kwietnia 2017

Hokus pokus piepr*onej wiedźmy... Spal się, zdzi*o!

To chyba klątwa jakaś pieprz*na!
Klątwa imienia. Hokus pokus pieprzonej wiedźmy... A żeby to XY*ZX!
Był Czekoladowo-Śmietankowy. Był Psycho. Jest ON. A teraz wjazd na autostradę Mojego Życia robi Karmelowy! Każdy z NICH MA TAKIE SAMO IMIĘ!!!!
I nie, to nie przypadek, że jeden i drugi mają podobne pseudo, bo i jeden i drugi są do siebie podobni! Podstawową nazwę koloru oczu też mają identyczną, z tą różnicą, że... no rozróżnijcie czekoladę od karmelu, co Ja się będę produkować :P
Dwa miesiące odwlekałam wszystko w czasie, żeby móc się ulotnić, tj. wsiąść do samolotu i odlecieć. Łatwiejszej opcji na powiedzenie "NIE" nie widziałam, a tu proszę...
Karmelowy pojawił się w miejscu, w którym byłam i Ja i ni jak, nie miałam drogi ucieczki. ŻADNEJ!
Nie mówię, że Karmelowy nie jest atrakcyjny, bo (niestety) cho*era jest! Przystojny i ujmujący... z podobnymi zainteresowaniami... optymistyczny wariat.
Nie, NIe, NIE! Właśnie o to Mi chodziło! Dlatego próbowałam się trzymać z daleka, w miarę Moich możliwości...
Więc tak -Karmelowy i Ja w jednym pomieszczeniu. Myślałam, że (jeśli kiedyś do spotkania dojdzie), to zapadnie ta fascynująca w swym rozmiarze cisza, ale nie! Jak się rozgadaliśmy, to nie mogliśmy przestać...
Na koniec pocałowałam Go w policzek, bo tego chciał.
Zaś później zgodziłam się na kino i kolację. Po koleżeńsku. Całkowicie. Tylko friend zone. Nic więcej. Karmelowy chce tylko spędzić czas z kimś, kto też uwielbia kino. O to chodzi. Dlatego zaprosił Mnie.
Wy też macie wrażenie, że to tylko puste tłumaczenie?
Choleracholeracholera....!
Czy Ja nie potrafię trzymać się z dala od kłopotów? Albo inaczej, czy kłopoty nie mogą trzymać się z dala ode Mnie przez jakiś czas? Chociaż cóż... trzydzieści dni?
Co Ci faceci w ogóle do Mnie mają?! Przecież nie piszę wszędzie, że CHCĘ Z KIMŚ BYĆ! Tak dokładniej, to właśnie po Księciu chciałam być SAMA. Wrócić do stanu całkowitego samozadowolenia, samospełnienia i totalnego spokoju... Do OSHO-stanu.
Nie myślcie sobie, nie dam się. Ten ostatni raz dam z Siebie wszystko i dystans będzie nie-do-przebicia. Śmiertelnie odpychająca dawka obojętności. Bo co, jak co, ale umieszczać wszystkich w friend-zone, to umiem na medal :P Jestem w tym niezrównana :] Możecie się śmiać, ale tak jest.
W końcu mamy na to dowody, na przykład... Radek, Piotrek, Sebastian, Bartek, drugi Radek, Michał, Psycho, Marcin, Urzędas, trzeci Radek, Damian, Igor, Adam, Bartosz... kurczaki, ta lista jest dłuuuuga, a jeszcze nie sprawdziłam specjalnej listy kontaktów... <szok!>
U.P.S...
Skąd to się wzięło...
***a** -imię, które Mnie prześladuje życiowo!





czwartek, 13 kwietnia 2017

Tabsy... tabletki i piguły, pigułki -nowy etap farmakologiczny w zjeb*nym życiu :)

I mam, brawo dla Mnie! 
Od początku roku nic tylko tabletki, tabletki i jeszcze więcej tabletek. W całym Moim życiu tak się nie faszerowałam lekami i wizytami u specjalistów, jak w przeciągu ostatnich sześćdziesięciu dni.
Dzisiaj przeżyłam przełom! Pani doktor -7/10. Naprawdę miła, sympatyczna, nieoceniająca. Oczywiście sprawiła Mi mega ból, ale jakoś to przeżyłam, nie uciekłam, nie rzuciłam się przez okno, nie zrobiłam żadnych innych samobójczych akcji :) Jestem z siebie dumna!
Dostałam za to nagrodę, jak grzeczne dzieciątko -ketonal forte, dodatkowe tabletki o całkowicie nieznanej Mi nazwie i.... mega przyspieszoną wizytę przed wylotem (wybacz człowieku, którego odwołali z Mojego powodu!) w celu kolejnego badania.
Wyszłam z gabinetu trochę nieswoja, szare komórki śpiewały Mi żałobną pieśń -cieszę się, że na badania Ktosik Mnie przywiózł, bo marny by był ze Mnie kierowca w tym stanie... :P
W pracy nadal nie umiałam normalnie myśleć, coś Mi się mieszało, coś skakało w głowie, jakaś myśl nieuchwytna, całkiem dziwna i obca... 
Próbowałam zostać sama, żeby ją pochwycić, ale ON uparcie podążał za Mną, gdzie nie poszłam. Nieswoja wzięłam papierosa, bo na palenie ON nigdy ze Mną nie wychodził, ale i tu zawiodła Moja intuicja -wyszedł ze Mną. Na deszcz. Na wiatr. Zajmował Mnie rozmową, chociaż wciąż uciekał Mi wzrok, a myśli były daleko, daleko.... gdzieś poza Moim zasięgiem.
Przeżyć dzień w pracy było zadziwiająco łatwo -jak zawsze w chwili kryzysu Em' staje na wysokości zadania. Zrobiłam więcej, niż przez ostatnie kilka dni, a głowa w trybie "praca" była lekka i zawrotnie szybka. 
Tak mogłam pracować!
Było pracowicie, twórczo i wesoło :) 
Przytuliłam Karo, żeby poczuła ożywczy dotyk radości, chociaż słońca nie było, a deszcz zapowiadają aż do końca miesiąca i dalej -było cudownie.
Gdy wyszłam z biura myśli zaczęły Mi ciążyć. Robiło się dziwniej i dziwniej, a Baby wcale nie mogła Mi pomóc. Zawiozłam ją do domu, wypiłam kawę w ekspresowym tempie i uciekłam do siebie. 
Przeczytałam pół książki.
Przyszły dreszcze.
Wypiłam pół kawy.
Zaczęłam się trząść. Samoistnie. Zupełnie zwyczajnie. Pomyślałam przez moment, że może zmarzłam, ale jak, skoro w domu mam temperatury tropikalne? 
Może się przegrzałam? Pootwierałam okna w sypialni i korytarzu. Wiatr zaczął hulać po mieszkaniu chłodząc gorączkę.
Usiadłam na łóżku i wpatrzyłam się w tabletki.
Co ta lekarka mówiła? Brać jedno lub drugie, ale nie oba, żeby nie przedawkować? Czy brać tylko jedno? Czy drugie jest w sytuacji kryzysowej?
Choleracholeracholeracholera...!
Zatęskniłam dziś za Moim Aniołem Stróżem... przypomniałam sobie o Nim, o Jego słowach i obecności. Zastanowiłam się, co by Mi powiedział...? Co by doradził...?
Ech... Jakie to wszystko zagmatwane...
PS: Chyba wracam do siebie duchowo, bo jak widać, fizycznie jestem na pochyłej w dół.
PPS: Dzwoniłam do pani doktor nr 2 :) Mam się zgłosić po świętach. Chyba zainwestuję i kupię urnę, tak wiecie, na przyszłość ;] 
Buziaki,
Em'

wtorek, 11 kwietnia 2017

Chaos, huragan, tajfun myślowo-uczuciowy -badziew w głowie, czy jaki syf...?!

I'm done talking
It's too late.
I've grown out of you
You're just someone in the crowd
I ain't missing you.



Został miesiąc.
Trzydzieści dni.
I odejdę.
Oni wszyscy są dokoła Mnie. Rodzina, Znajomi, Przyjaciele, a nawet te kilka nowych osób, które się pojawiły przypadkiem i mimo Moich starań nie chcą odejść... Każdego dnia któreś z nich wdziera się w Moją biurową monotonię i zabiera Mnie do "życia".
Kino kilka razy w tygodniu, ciągłe pogaduszki, noclegi u siebie nawzajem, jakieś wycieczki, imprezy, meetingi -taki sześciodniowy maraton poznawania coraz to innych ludzi i innych miejsc, wymiana pustych słów, zwiędłych gestów, płaskich oczu... tylko rozmowy nic-nie-znaczące.
Tak, jestem, przecież odpowiadam, mówię, układam słowa w zdania.
Tak, uśmiecham się zawsze, gdy na Mnie patrzycie.
Owszem, zaśmiewam się do łez w kinie, gdy wysypujesz pudełko popcornu, lub gdy dla czystej Mojej radości kupujesz mi kubek napoju tylko po to, bym miała figurkę, która tak Mi się podoba. Oczywiście, będę zalotnie machać rzęsami, bo wiem, że to Was raduje.
Tak, zgodzę się na każdy Wasz plan i pomysł, bo chcę, byście korzystali, byście ŻYLI, a nie istnieli gdzieś w mroku i cieniu, z Mojego powodu.
Wszyscy i wszystko... wciąż i wciąż wirują dokoła Mnie przez sześć dni w tygodniu. Sześć dni wychodzenia z domu o 8 rano i powrotów po 22giej, a częściej przed północą lub w ogóle kolejnego dnia. 6 dni.
Później następuje NIEDZIELA. Siódmy dzień tygodnia. Ostatni przed powrotem z pracy. Wtedy Was odganiam od siebie. Odkładam telefon na półkę. Chowam samochód do garażu. Zamykam drzwi od domu -na klucz. Zasuwam kotary w oknach. Kładę się pod czerwoną pościelą i nie ma Mnie.
ZNIKAM dla świata. I dla Was. I dla Nich.
Jestem Ja i to, co tkwi we Mnie. To czego we Mnie brakuje, to, czego jest za dużo, tego, co za mało. Myśli, uczucia, emocje. Jestem, a jakby Mnie nie było, ale to jest dobre. Już nie muszę się uśmiechać, nie muszę się wysilać, by wyglądać na radosną i szczęśliwą. Nie muszę być sztuczna. Nie w ten jeden dzień. Nie w niedzielę.
Niedziela jest MOJA.
Czuję się PUSTA. Jakby ON coś mi zabrał, odebrał, wziął część, bez której nie umiem być w pełni Sobą. Ukradł mi część na tyle istotną, że nie umiem bez niej żyć. Owszem, mogę istnieć, mogę z wdzięczności, przez 6 dni w tygodniu uśmiechać się w miarę naturalnie, bo w tamtych chwilach nawet i jest dobrze, ale jak długo tak się da...? To takie męczące...
Udawać. Grać codziennie, że Mnie to nie złamało, nie skrzywdziło, że naprawdę dumna jestem, że to skończyłam tak wcześnie, że miałam na tyle samozaparcia, że wyszłam z tej toksycznej znajomości tak szybko...
Głupie babskie myśli... dopadają Mnie, gdy jestem sama... To pamięć dotyku. Tęsknota dotyku. Racjonalnie? Chcę pozbyć się GO z mojej głowy, myśli, serca. Emocjonalnie? Tęsknię za tymi momentami, gdy byliśmy razem... zamykam oczy i po prostu WIDZĘ I CZUJĘ ten jego zarost ocierający się o mój policzek...
Głupia...!
Jeśli złe momenty przeważają, jeśli widzisz sygnały mówiące o TOKSYCZNEJ ZNAJOMOŚCI, jeśli czujesz, że pewni ludzie Cię niszczą, hamują, nie dają POWERA do dalszego życia, jeśli próbują Cię zmienić czy zmusić do czegoś, jeśli sprawiają, że WĄTPISZ W SIEBIE

-MUSISZ TAKICH LUDZI WYRZUCIĆ DALEKO, DALEKO...!

Wiem, Kochanie, tęsknisz... Ja również. Bardzo. Mimo tego wszystkiego, pomimo tych złych rzeczy -tęsknię. Wiem, że zrobiłam dobrze. Ba, najlepiej! To jedyne, co mogłam i powinnam zrobić. Dla Siebie. Przez wzgląd na Swoje własne dobro.
Pomyśl o sobie... o tym, ile możesz zrobić, jak wiele osiągnąć, bez tej TOKSYCZNEJ osoby. Zastanów się...
Warto być z kimś takim tylko dlatego, że uwielbiasz to, w jaki sposób Cię dotyka? Jak przytula? Że zna "TEN" sposób całowania, który od razu Cię rozpala? Warto? Tylko z powodu fizyczności -dać się stłamsić, zniszczyć, zamknąć w klatce?
Nie warto. Uwierz mi, skarbie... nie warto...
Jeszcze tylko konto walutowe, spotkanie z księdzem, wysłanie paczki i...
Odlatuję już niedługo...
I wszystko już będzie dobrze.
I nic nie będzie dobrze.
Wszystko się zmieni. I miejsce i czas i znowu Ja. Całe Moje życie przejdzie całkowitą metamorfozę. Może wtedy, właśnie wtedy lub dopiero wtedy, odnajdę brakującą część? Może wyjeżdżając uda Mi się, samą SIEBIE naprawić? Może to właśnie to... Może to jest rozwiązanie całego problemu...
Może Zimbardo, czekający w walizce Mi pomoże? Czy noce zarywane na studiowaniu psychologi pomogą Mi zrozumieć to, co się stało we Mnie?
Znów tysiące pytań, a każde z tego tysiąca rodzi kolejny tysiąc i wszystkie one się mnożą, a odpowiedzi nie ma nigdzie i znaleźć ich nie mogę...
Czuję się... zagubiona. Jakbym weszła do labiryntu i nie mogę odnaleźć drogi do jego środka lub wyjścia, sama nie wiem, co byłoby lepsze.
Wylewam z siebie słowa, chcąc nabrać dystansu, odnaleźć coś, jakiś szczegół, który Mi wciąż umyka, bo może właśnie to jedno, to małe, drobne słowo, czy zdanie jest brakującym ogniwem do odnalezienia odpowiedzi...
Chaos myśli. Czuję tak wielki chaos w sobie! Chwile wytchnienia dają Mi tylko sen i Ludzie. Ich ciągła obecność zagłusza słowa pędzące po Mojej głowie, a i tak wciąż je słyszę... ciche szepty krążące, jak sępy nad padliną...
WIEM, że dobrze zrobiłam. WIEM, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji. Wiem i ta pewność, jako jedyna tkwi we Mnie, jak fundament wszechświata. NIKT, żaden mężczyzna (czy kobieta), choćby nie wiem, jak cudowny i wspaniały się wydawał, NIE JEST WART tego, BY PORZUCIĆ SIEBIE. 
Ludzie, niech mówią, co chcą. Niech wmawiają sobie, że lepiej być z kimś, kimkolwiek, niż być samemu, ale JA SIĘ NIE PODDAM.
Nie pozwolę zniszczyć siebie tylko dlatego, że tak robią INNI. Nie będę z kimś tylko dlatego, że INNI tak chcą i uważają, że tak POWINNO BYĆ. Nie będę z kimś, kto będzie Mnie niszczył, trawił, jak pożar i zamieniał w proch Moje marzenia. NIE MOGĘ BYĆ Z KIMŚ, kto będzie Mi mówił "To nie dla Ciebie. Nie dasz rady. Nie rób tego." 


NIGDY nie będę z kimś, kto sprawi, że ZWĄTPIĘ W SWOJĄ SIŁĘ!

Jest trudno, trudno jest Skarbie, zapomnieć uczucie bezpieczeństwa, gdy JEGO ramiona trzymały Cię mocno w zimowy wieczór... trudno, trudniej jest, Maleńka, gdy wciąż jeszcze tkwi w Tobie wspomnienie bicia JEGO serca przy Twoim uchu...
Jest ciężko samo w sobie -ZAPOMNIEĆ.
A ONI... oni wcale nie sprawiają, że jest łatwiej i chyba to właśnie sedno problemu. Zamiast wesprzeć i podeprzeć, zamiast pomóc Ci zbierać cząstki Siebie leżące na ziemi, tylko je depczą... Patrzą na Ciebie z wyrzutem, bo nie uległaś, nie złamałaś się, bo nie poświęciłaś całej siebie, by być taka, jak ONI -wyzuta z marzeń, snów, tkwiąca w miejscu, bez możliwości rozwoju, zmiany na lepsze. Wegetująca aż do końca.
Rodzina, Przyjaciele, te małe grono osób WIE i stara się nie dać Mi upaść. I JA WIEM, wiem głęboko w sobie, że TO BYŁA DOBRA DECYZJA. 
Jestem jak heros... uginam się pod naporem świata, jaki mam na karku, Mojego świata. I nie mogę upaść, nie mogę... To było tylko małe potknięcie, mały kamyczek na Mojej drodze! Nie mogę się poddać, nie z Ich pomocą, nie, wiedząc, że jeśli upadnę teraz, przez ten jeden kamyczek, to co będzie, gdy na Mojej drodze pojawi się jakaś większa przeszkoda...?
A to tylko tęsknota...
Bo to aż tęsknota.



All those things you've done
I'm a little upset still
Love's already gone.
Us just don't exist.





Czy żałuję tego, co się stało? 
Nadal twardo mówię NIE. 
NIE ŻAŁUJĘ.
Chociaż zabiło to błysk w Moich oczach...