Sound of My Life

sobota, 11 listopada 2017

"Bo choć dla czasu staje się nicością, ona jest dla mnie całą wiecznością."

Byronie...
Już za kilka godzin ponownie staniemy twarzą w twarz. Spojrzenie w spojrzenie.  Twoje ciemno granatowe oczy kontra moje, seledynowe... 
Przeraża mnie to. Trzęsę się ze strachu, gdy tylko o tym pomyślę. Z nerwów najchętniej poodgryzałabym sobie palce!
Jak to będzie wyglądać? Jak się zachowasz...Ty...? Ja...? Będzie, jak ostatnim razem czy inaczej? 
Przeszło Ci... Byronie? Zapomniałeś...? 
Jak to będzie...? Bo nie wiem, a niewiedza doprowadza mnie do furii, a fakt, że już za te kilka nieszczęsnych godzin znów zobaczę Twoją twarz, wcale mi nie pomaga...
Więc... 
...nie zasnę! Nie zasnę tej nocy, bo wciąż i wciąż myślę o tym, co będzie, gdy staniemy naprzeciw siebie!
Przeszło Ci, prawda? Przeszło...?
A ja... 
A ja nie wiem, co siedzi w mojej głowie, nie umiem skupić myśli nad tym. Boję się analizować, nie mogę tego analizować! PO CO JA TAM IDĘ?! 
Pffff.... wdech, wydech, wdech, wydech Em'... wdech, wydech...
Wszystko będzie dobrze, wszystko skończy się dobrze -jemu przeszło, Ty zapomniałaś, życie toczy się dalej.
To będzie po prostu... test! Test dla mnie na udowodnienie, że umiem żyć według reguł i zasad, jakie mam, że... ja nie robię takich rzeczy, że jestem DOBRYM człowiekiem.
Bo...
...jestem, prawda?



"Można oddychać, jeść, pić i czuć uderzenia własnego serca, 
a mimo to być martwym."
— C.L.

środa, 8 listopada 2017

Myśli-nie-poskładane

Wiedzieliśmy, że to się stanie, że do tego dojdzie, że to się wydarzy...
Nadchodzi niedziela, a wraz z nią "powrót" do Tego miejsca.
Co wydarzy się tym razem...? Jaką bajką uraczy Mnie Byron tego dnia...?
Czy to ważne? Istotne? Czy to w jakiś sposób cokolwiek zmieni?
I te decyzje... ciągłe podejmowanie decyzji...
Wolność. Samotność. Tworzenie.
Pasja. Wyzwolenie. Swoboda.
PRZESTRZEŃ.
Ludzie nie rozumieją.
A Ja tworzę kolejną warstwę murów obronnych.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Ona tu jest!!!

Nadeszło.
Wdarło się do Mojego umysłu i owładnęło nim zupełnie.
Cały scenariusz.
Silny szkielet.
Początek. Rozwinięcie. Jedno z trzech możliwych zakończeń.
Mam to w głowie.
Trzymałam to cały dzień, uśmiechając się zamglonymi oczami.
Nie widziałam i nie słyszałam nikogo.
Były tylko obrazy, emocje i słowa w mojej głowie czekające by przelać je na papier.
Zaczynamy Kochani...
Całkowicie realnie i prawdziwie.
Piszę.

sobota, 28 października 2017

Mów do mnie ciszą, bo szepty myśli ukołyszą mnie... do snu. W chaosie.

Ostatnio ukrywałam w sobie tak wiele myśli, tak wiele przemyśleń...
Nie pozwalałam im dojść do głosu, tylko upychałam je w trudno dostępnych, wolnych miejscach w głowie, jakby od tego miały zniknąć, jakbym mogła o nich zapomnieć, jakby niewypowiedziane przestały mieć znaczenie, aż w końcu sama siebie zapędziłam w ślepą uliczkę.
Działo się tak wiele różnych rzeczy, na tak wielu płaszczyznach moich emocji, tak wiele, w tak krótkim czasie, że poczułam się zaszczuta, jak jakieś dzikie zwierzę. Jedyne, o czym mogłam myśleć przez ostatnie dni, to ucieczka w bezpieczne miejsce, w puste, ciche miejsce, gdzie nikt i nic mnie nie znajdzie. Gdzie myśli odejdą, czas się zatrzyma, a ja będę miała chwilę, by wziąć jeden głęboki, oczyszczający wdech…
W południe, gdy wszystko zaczęło już mnie dusić, gdy kraty klatki już stały z każdej strony, gdy nawet głęboko skrywane emocje zaczęły wyciekać ze mnie, jak z odkręconego kranu, uciekłam do domu. Do mojego azylu.
Niemalże wbiegłam do pokoju, czując, jak coraz mniej tlenu dostarcza mi samo oddychanie, jakby wystarczyła tylko sekunda, bym uległa samozniszczeniu…
Otworzyłam szeroko okna, zaciągnęłam kotary, zamknęłam drzwi od środka. Włączyłam laptopa jednocześnie wyłączając telefon, a później wyciągnęłam z szuflady jedno z moich wyjść awaryjnych -wielkie słuchawki Philipsa, z miękkimi nausznikami.
Lista muzyczna specjalnie na takie chwile -The Olde.
A później położyłam się na środku łóżka otoczona ze wszystkich stron przez miękkie poduszki i uderzana basami oraz melodią, pozwoliłam się zaatakować, wyzwoliłam machinę zła -wypuściłam wszystkie wcześniej ukryte myśli.
Rzuciły się na mnie, jak dzikie zwierzęta atakując, karząc mnie za to, że ich nie słuchałam, że nie pozwoliłam im mieć znaczenia, tylko tak po prostu, jak każdy inny człowiek, odpychałam je od siebie nie wysłuchując.
Rozpętał się chaos. Nadszedł fizyczny ból. Emocje zmiotły wszystko, co stało im na drodze.
Są różne rzeczy, różne metody, które pomagają walczyć z tym wszystkim. Są możliwości, wyjścia awaryjne, oczywiście.
Jednak wszystko to działa tylko wtedy, gdy myśli jest mniej, gdy jeszcze możesz zapanować nad tą wściekłą sforą. Gdy możesz je oswoić.
Mojej dzikiej sfory nic nie mogło zatrzymać.
Ten chaos… chaos, który będąc na co dzień jest dodatkowym motorem życia, który istniejąc gdzieś w tle sprawia, że jestem w pełni sobą, teraz wybuchł z całą swoją mocą, jak kilka miesięcy temu. Był druzgocący. Powalił mnie na kolana i uderzał we mnie raz za razem, bo go odrzuciłam, odsunęłam od siebie, wyparłam się go, mało tego, ośmieliłam się, ledwie przez moment pomyśleć, że bez niego jest lepiej!
Jednak jak może być lepiej, jeśli odrzucimy precz najważniejszą część siebie? Tę właśnie, która definiuje Was takimi, jakimi jesteście…?
Każda z moich bestii pojawiając się osobno, w różnych porach dnia była zrozumiała, szeptała cicho wszystko to, co powinnam wiedzieć, a ja mogłam spokojnie się nad nią zastanowić -zero presji. Miałam czas. Mogłam spojrzeć bestii w oczy, oswoić ją ze sobą, dać się poznać, aż w końcu, po jakimś czasie mogłam wsunąć dłoń w jej szorstką sierść i poczuć ciepło od niej płynące. Była wtedy moja. Wnikała we mnie pomagając zdobyć zupełnie nowy poziom poznania. Tak każda kolejna myśl-bestia, od zawsze, pomagała mi stać się kimś, kim byłam, kim jestem i kimś, kim zapewne będę.
Jednak gdy pojawia się ich tak wiele, gdy przychodzą całą watahą nic nie jest takie, jak powinno. Nie mogę się skupić! Skaczę od jednej do drugiej za szybko, nieuważnie!
Gdy zajmuję się jedną, zbliża się do mnie następna i nim się spostrzegę wszystkie bestie są za blisko, nieoswojone.
A co dalej…
Chaos. Ten najistotniejszy składnik, bez którego nie byłoby nic. Nie byłoby mnie.
CHAOS.
Gdy emocje, które są ukryte głęboko i do których dojście mają tylko dwie na świecie osoby, wychodzą na wierzch po dniach, miesiącach ukrycia i mieszają się z myślami nie-poukładanymi. Gdy leżę na łóżku otoczona wszystkim, co może dać przyjemność, gdy jest ciepło, miękko, a w słuchawkach brzmi ulubiona muzyka i słucham…
...ona umarła i już jej nie zobaczę, nigdy, nigdy więcej… Pojawia się mgła w polu widzenia, jakiś ucisk w środku. … znowu opuściłam bliskich i tak, jak wtedy, tak i teraz, ktoś umarł, a ja się nawet nie pożegnałam… Gardło zaciska mi niewidzialna siła i czuję, jak coś mokrego płynie mi po twarzy. … on jest chory… będzie miał operację… W pokoju robi się nieznośnie gorąco, a serce bije nierówno, strach, czuję strach! … zabieg… oni chorują, a ja jestem tak daleko, tak bardzo daleko… dom… Dom… DOM… Ból falami uderza we mnie i chociaż wiem, że to tylko emocja, to jednak czuję, jakby swoją intensywnością mogła mnie zabić, zniszczyć, spopielić nawet i duszę.
Jestem sama w pokoju. I cierpię. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ból wypływa ze mnie z każdą kolejną, gorącą łzą. Ból, tęsknota, żal, poczucie winy… Tak wiele cierpienia…
Trzęsącymi się dłońmi wyciągam z buteleczki jedną błękitną pastylkę i zapijając zimną już kawą, łykam ją. Nie musi minąć wiele czasu, by ból odszedł. To jest właśnie różnica. Dostajesz pozwolenia tylko na te szybko działające rzeczy.
Wyciągam z szuflady chusteczki i wycieram twarz, która chyba gdzieś ma jakąś dziurę, jakiś defekt, bo ciągle coś po niej płynie, wciąż płynie… łzy toczą się tak szybko, a ucisk w piersi jest tak ogromny, że tłumię krzyk poduszką. Boli… boli… boli…
Ulegam sobie ten jeden raz. Pozwalam, by cała ta fala przetoczyła się przeze mnie, by twarz skrzywiona z bólu spływała łzami, bo muszę. Oddaję hołd ciemności i samotności. Składam cześć wolności. Otwieram się na ból, bo mimo że trudno to pojąć, tak właśnie trzeba.
Zerkam w prawo siedząc na łóżku i patrzę na to zdjęcie… to jedno jedyne na milion zdjęcie, gdzie jestem z Nią i świat, wszechświat cały wali mi się na głowę….
(Tak, wybaczcie te dygresje, po prostu… jeszcze coś czuję. Jeszcze, mimo wszystko, odczuwam jakieś emocje. I nadal, tak, nadal, nade wszystko kocham i tęsknię, za tymi, którzy odeszli.)
Wracając -otwieram się na ból. Owszem.
Pozwalam, by wszystko -ból, tęsknota, żal, strach, bezsilność -by wszystko złe płynęło we mnie wraz z krwią, wolne i nieskrępowane. Na początku, może być ciężko, płuca mogą źle pracować, jakiś ból fizyczny może ściskać w klatce, a krzyk wyrywa się z piersi -to zależy od tego, jak wiele naraz czujesz. Jak dużo emocji zaatakuje cię jednocześnie…
Mnie… mnie atakują wszystkie jednocześnie. Pamiętacie diagnozę? „Odczuwasz za dużo...” Więc upadam, upadam nisko, coraz niżej. Tonę. Na samym początku zawsze tonę, nim przypomnę sobie, jak się pływa wśród tego chaosu, nim moje ciało odnajdzie w pamięci sposób bycia w mroku… Minie trochę czasu, nim dam się ukoić i pochłonąć ciemności… Mojej ukochanej Czerni.
Wy tego nie róbcie. Nie próbujcie istnieć gdzieś, gdzie nie powinno Was być. Nie należycie tu. A jeśli tu nie należycie, nie poradzicie sobie sami. Nie dacie rady. Mrok i Czerń nie są dla każdego… (…)
Dziś jest ciężko, bardzo i jestem z tym sama, jak zawsze, ale to mój własny, świadomy wybór. Jestem sama, bo chcę być sama. Stawiam czoła wszystkim swoim demonom w pojedynkę, bo to moje życie, moja odpowiedzialność. Nie chcę, nie potrzebuję pomocy, ani tym bardziej -współczucia. Sama sobie zgotowałam ten los i właśnie w taki, a nie inny sposób daję sobie z nim radę.
Dziś jest źle, szaro i ponuro, ale tak musi być. Nie zawsze świeci słońce i widać tęczę, prawda? Takie życie… A ja… a ja rano obudzę się silniejsza niż dziś, pełniejsza i bardziej świadoma. O poranku chaos będzie mniejszy, myśli będą oswojone i scalone, a ja będę innym człowiekiem, niż poprzedniego dnia. Zapanuje cisza i spokój, bo pogodziłam w sobie wszystkie sprzeczności, nauczyłam się czegoś nowego o sobie, zrozumiałam coś więcej, a nade wszystko powstała we mnie pewność, że muszę wrócić do DOMU.
Po tak wielu latach mogę w końcu odpowiedzieć na pytanie, jakie kiedyś zadał mi Książę -”Co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze?”
RODZINA.
I choćbym miała ich wszystkich scalać do końca moich dni, choćbym miała poświęcić całe swoje życie… być przy nich, wozić jedno do drugiego, by utrzymać te więzy, zrobię to. Zrobię dosłownie wszystko, by nigdy już nie czuć, że kogoś z nich opuściłam…





 Jesteśmy jak gwiazdozbiór, a zmiany 
w konstelacjach zawsze prowadzą do chaosu
Z,Drvenkar

niedziela, 1 października 2017

W oku szalejącego cyklonu... to się jątrzy i ropieje!



"A czasem tak chciałbym do kogoś mówić naprawdę - jak małe dziecko. 
A przecież, kiedy mam mówić, zmieniam wszystko w żart i nic nie mówię. 
Słów mi brakuje - tylko ciągła niepewność, żeby się nie obnażyć zanadto, 
żeby nie zdradzić, co się myśli naprawdę."
(R.W.)



Miałam ostatnio ochotę coś Wam powiedzieć, coś przekazać, jakąś myśl, małą i nieistotną, nie-poskładaną, ale umknęła Mi gdzieś w meandrach umysłu. Skryła się, jak dzikie zwierzę, zaszczuta i przerażona i nie chciała wyjść...
Przez kilka dni próbowałam ją oswoić, zbliżyć się do niej, jakoś ją do siebie przekonać... chodziłam cicho, od czasu do czasu uśmiechając się niezobowiązująco do ludzi, bo skupiona byłam na tym jednym -na odnalezieniu tej myśli, która swoim pojawieniem się poruszyła Moje istnienie.
Pamięć... jaki to zdradliwy twór, jakie to przerażające monstrum, Moja Własna Pamięć jak najgorszego pokroju zdrajca, niczym Judasz, wbija Mi nóż prosto w serce. Pamięć... wspomnienie... jedno jedyne wspomnienie, a strach wypełnił Mi nozdrza odorem zgnilizny.
Wiedziałam, że to wróci. Byłam tego pewna. Przecież horrorów się nie zapomina, zwłaszcza nie takich, w których graliśmy jedną z głównych ról, prawda?
Nie jestem zła, ani zagniewana, ba! nawet się nie łamię, naprawdę. Robi Mi się tylko smutno. Jest Mi tylko trochę przykro... Czasem, może nawet i częściej, czuję się zawiedziona sama sobą. Tym, jak naiwnie dałam się wmanewrować w tę tragedię, jaka się wydarzyła.
I tak, dobrze, przyznaję, złoszczę się sama na siebie, że jeszcze sobie z tym nie poradziłam, że wszystko, co się działo po TYM, co dzieje się teraz jest oparte na tym jednym koszmarnym seansie.
Całe Moje Życie jakby stało na chwiejnym fundamencie z horroru.
Dystans. Tylko dystans Mnie ochroni. Dystans do ludzi, do świata, do Mojej Własnej Głowy. Do siebie samej. Do Moich myśli, do Moich własnych emocji.
Już to czuję, czuję jak zaczyna Mnie otaczać bańka strachu, jak on wychodzi przez pory w skórze... Wypełnia Mnie najczystszy, najprostszy, pierwotny strach.
Już Mi się włącza instynkt ucieczki... Już Mam ochotę uciec jak najdalej stąd, zmienić miejsce, zmienić ludzi, wymknąć się tak, by nikt Mnie nie zauważył. Wyłączyć telefon, pozamykać okna, zamknąć się w ciemnym pokoju i patrzeć na tę największą ranę, która wciąż się jątrzy i ropieje...
Ludzie Mnie przerażają. Osaczają. Czuję się, jak zwierze wystawowe w klatce...
Jak dziki biały tygrys zamknięty w klatce...
Czy to ma jakikolwiek sens...? Kolejna ucieczka? Kolejna zmiana miejsca? I gdzie tym razem? Włochy? Hiszpania? Niemcy? Gdzie poniósłby Mnie strach? Do jakiego odległego miejsca? I czy naprawdę dałoby to coś?
Rana by się zabliźniła? Ludzie by zniknęli? Albo może inaczej... czy ludzie trzymaliby się ode mnie z daleka? Czy byłoby możliwe przeżyć gdzieś więcej niż miesiąc i nie stać się "zwierzyną łowną"? Czy jest szansa, choćby minimalna, by ludzie przestali do Mnie lgnąć? Czy gdzieś, kiedyś, w jakimś miejscu uda Mi się pokonać traumę...? Czy ta pieprzona rana w końcu się zagoi...?



Było mi obojętnie i bardzo pusto
- tak musi być w oku cyklonu.

Absolutna cisza w samym
środku szalejącego żywiołu.

Sylvia Plath






Czy pewnego dnia obudzę się i będę dokładnie taka, jak rok temu...?
Dokładnie, tak samo, szczerze uśmiechnięta?


niedziela, 17 września 2017

Oswajanie dzikiego Króliczka part 1

Poznałam dziś Martę.
Marta jest zmęczona życiem. To widać. I po zachowaniu i po wyglądzie.
Ma dość. Całkowicie. Mówi, że to życie ją zniszczyło, że po prostu miała pecha. Podjęła o jedną złą decyzję za dużo, o jedną dobrą za mało i dlatego znalazła się tu, gdzie jest teraz. Dlatego jest taka, a nie inna. Dlatego nie jest taką Mną.
Patrzę na nią przez swój pryzmat optymistycznej wariatki. Patrzę zielonymi oczami i widzę jej zbrużdżoną twarz, opadające ku dołowi kąciki ust, cienie pod oczami. Jej włosy są przetłuszczone, z długimi na łokieć mysimi odrostami. Okulary na nosie są chyba z innej epoki i sprawiają, że jej twarz wygląda karykaturalnie. A ubiór, tak, ubiór Marty jest dokładnie taki sam, jak ona. Nijaki. Bezbarwny. Nierzucający się w oczy. Mogłabym powiedzieć, jak angielska pogoda -szaro, buro, ponuro i deszczowo.
Nie, nie wymagam od niej, by przychodziła do pracy w kostiumie od Dolce, ale może tak odrobinka, tylko ociupinka staranności...?
Spoglądam na Martę raz jeszcze.
Głowę zwiesza nisko, jakby nosiła na sobie ogromny ciężar. Garbi się, a ma dopiero dwadzieścia kilka wiosen. Jej twarz jest blada i smutna.
Gdy tak na nią patrzę, mam wrażenie, że gdyby tylko to byłoby możliwe, nawet jej uszy płakałyby dla towarzystwa oczu.
Tak, Marta ewidentnie oberwała od życia. To się widzi i czyje. To się po prostu wie.
Podchodzę do niej powoli, jak do dzikiego zwierzęcia, chociaż sama nie wiem czemu, bo z zachowania przypomina mi odrobinę żółwia i obserwuję przez jakiś czas ruchy jej dłoni, by zapamiętać ich kolejność.
Po kilku sekundach widzę, jak zerka w moim kierunku, nie robi tego jednak w sposób zachęcający do zapoczątkowania jakiejkolwiek rozmowy, już bardziej jest to spojrzenie przerażonego zajączka widzącego zagrożenie.
“Spokojnie, Marta, nie zrobię Ci krzywdy” -myślę uśmiechając się do niej uspokajająco.
Patrzę na nią swoim typowym, roześmiano-zielonym wzrokiem. Dobrym. Pozytywnym. Nie chcę jej przecież spłoszyć. Dzika myśl przebiega mi przez głowę -”Oswoję ją!” i pomimo głosu rozsądku, jaki rozbrzmiewa gdzieś w mojej głowie -robię to.
Rozpoczynam powolny proces oswajania kolejnej osoby w moim życiu.